Ponieważ stwierdziłem, że już nie kupuję niczego poza skarpetkowymi (o tym w następnym wpisie!) w sklepach normalnych, ale czasem w jakimś lumpie najdę coś, co mnie zainteresuje. No i znalazłem beżowe, ponieważ beżowe generalnie do niczego mi nie pasuje, to ufarbowałem "motylkiem". Wyszło tak trochę rudo bardziej niż brąz, ale okazało się, że kolejny rajd po lumpkach na Targowej zaowocował 2 motkami, z których coś by się dało z tym ufarbowanym zrobić. I od razu powiem, miało iść do ludzi, ale jest takie fajne, że nie pójdzie ;-)
I o dziwo, nie wyglądam w tym jak kupa :-P
Ten duży to ten farbowany.
Tu w słońcu ;-)
A tu efekt finalny!
Powiadam Wam, glut w zatokach najwyraźniej ochronił mnie przed covidem i niedługo zakwitną magnolie! :-)
Pięknego marca!
L.
